top of page

STRANGER THINGS

       

     Netflix, Netflix, Netflix... „Stranger Things” , „Stranger Things”... Wielu spośród moich znajomych, kiedy tylko spotykało mnie na przestrzeni ostatniego powiedzmy roku, od razu wypytywało „czy wreszcie obejrzałem STRANER THINGS”, żarliwie zapewniając, iż film ten bez wątpienia wceluje w mój gust oraz, że jest po prostu rewelacyjny. Opinie te potwierdzali użytkownicy serwisów takich jak „Filmweb” czy „Imdb”, na których to serial dostawał zazwyczaj nieosiągalne dla kinowych i telewizyjnych horrorów oceny.

      O serialu tym napisano ostatnio praktycznie wszystko, dlatego też omawianiu jego fabuły zbyt wiele czasu nie poświęcę. W pewną listopadową noc 1983 r., w niewielkiej miejscowości Hawkins położonej w stanie Indiana, w zagadkowych okolicznościach znika kilkunastoletni Will Byers. Jego Matka Joyce i brat Jonathan stają na głowie by go odnaleźć. Postronnym osobom zdawać się może, że samotnie wychowująca chłopców Joyce zaczyna tracić zmysły. Policyjne śledztwo wszczyna miejscowy szeryf Jim Hopper. Na własną rękę zaś chłopca szuka także trójka jego najlepszych przyjaciół: Mike, Dustin i Lucas. Tymczasem z pobliskiego laboratorium rządowego ucieka młoda dziewczynka. Kiedy dociera do Hawkins okazuje się, że jest strasznie wystraszona i praktycznie nie potrafi mówić. Poza tym zdaje się posiadać umiejętności psychokinetyczne i prawdopodobnie wie, gdzie znajduje się Will. Niestety z ucieczką dziewczynki i zniknięciem Willa związane jest też uwolnienie tajemniczych mocy, które sprawią iż nie tylko zaginiony Will stanie w obliczu ogromnego niebezpieczeństwa.

     Jakie były moje wrażenia po obejrzeniu pierwszego sezonu? Serial jest faktycznie dobry. Ogląda się go z przyjemnością. Nie nudzi.

     Jest świetnie zagrany. Rzadko w przypadku produkcji pełnometrażowych, a jeszcze rzadziej w przypadku seriali, w których przewija się przecież znacznie więcej bohaterów pierwszego, drugiego czy jeszcze dalszego planu, zdarza się bym nie potrafił wskazać bodaj jednej postaci, która szczerze by mnie irytowała (przez jakość gry aktorskiej oczywiście).

      Największą gwiazdą w obsadzie jest Winona Ryder. W filmie tchnącym duchem lat 80-tych zaangażowano aktorkę, która właśnie w tamtym okresie stawiała swe pierwsze aktorskie kroki. Winona powraca do produkcji nieco zbliżonej charakterem do tych, które uczyniły ją sławną. I trzeba przyznać, że obecnie – w roli do bólu przeciętnej matki wychowującej samotnie dwóch synów, jest równie przekonująca co blisko trzydzieści lat temu - w skrajnie odmiennych rolach wyalienowanych indywidualistek o gołębim sercu.

      David Harbour natomiast dzięki brawurowej roli szeryfa stał się znany dla szerszego kręgu odbiorców. Jakoś nie mam większych wątpliwości, że przez całe lata (jeśli nie przez całą karierę) będzie utożsamiany z postacią, w którą wcielił się w tym serialu. Jego Hooper jest bezbłędny – to człowiek z krwi i kości a nie jakaś wydmuszka. Początkowo zdający się być cynicznym, wypalonym zawodowo małomiasteczkowym gliną, z każdą chwilą ewoluuje w bardziej złożoną i pod każdym względem ciekawą postać.

       Aktorzy dziecięcy dobrani zostali znakomicie. W zasadzie nie można zastanawiać się czy któryś wypadł dobrze, a któryś źle. Ciężko też oceniać, kto zagrał najlepiej, gdyż każdy świetnie wcielił się w swoją rolę. Wykreowane zaś postacie mogą naturalnie budzić u widza większą bądź mniejszą sympatię. Bodaj najbardziej spodobał się Gaten Matarazzo w roli Dustina i nie może dziwić, że jak zapewniają twórcy,to właśnie on po castingach jako pierwszy uzyskał angaż.

      Podobnie rzecz ma się w przypadku aktorów młodzieżowych. Nancy, Jonathan, Steve i inni, to postacie zagrane naprawdę solidnie.

Nie inaczej jest z całą galerią postaci drugoplanowych. Oddany nauczyciel, rodzice Mike'a, szkolne łobuzy, głupkowaci policjanci – to postacie które choć nie są zbyt eksponowane, to potrafią zapaść w pamięć.

      Reasumując – od strony aktorskiej jest świetnie. Choć w obsadzie teoretycznie znajdowała się jedna gwiazda (no może dwie, bo nie zapominajmy o Matthew Modine, który wypadł – rzecz jasna – również dobrze), to można powiedzieć, że jednakowym, bardzo mocnym blaskiem świecą wszyscy.

     Co, poza świetnymi (i świetnie zagranymi postaciami) przesądziło o sukcesie produkcji? Przede wszystkim po raz kolejny odnieść się muszę do tego co napisałem o tajemnicy sukcesu książkowego „To” Stephena Kinga. Użyto tu bowiem prawie dokładnie tego samego przepisu. Pierwszoplanowe postacie dziecięce to żadni „Niezniszczalni”, czy „300 Spartan”. To grupa inteligentnych, aczkolwiek w stosunkach społecznych niezbyt rozchwytywanych dzieciaków. Każdy z nich ma jakieś wady, wszyscy mają problemy, czy to z rodzicami, czy z rodzeństwem czy ze szkolnymi łobuzami. W problemach tych każdy znajdzie chociaż śladowe odbicie swoich wspomnień z dzieciństwa. Podobnie będzie jednak nie tylko w przypadku problemów dzieciaków z Hawkins, ale również w przypadku ich małych radości. Graliśmy przecież również z kumplami w gry, jeździliśmy razem rowerami, wymienialiśmy się komiksami czy robiliśmy piesze wypady za miasto. Byliśmy tacy sami. Oglądaliśmy podobne filmy i słuchaliśmy podobnej muzyki.

      I tu przechodzimy do kolejnego punktu z recepty na sukces. Czas w jakim umiejscowiono akcję. Rozgrywa się ona pod koniec roku 1983. To swoisty wabik zarówno dla dzisiejszych trzydziestoparolatków jak i czterdziestoparolatków. Film nasycony jest do granic możliwości klimatem lat 80 tych. Jest to hołd dla kina nowej przygody, dla filmów Spieberga, czy książek Kinga. Bo czego tu nie ma? Mamy plakaty „Szczęk”, „Evil Dead” oraz „The Thing” na ścianach w pokojach u chłopaków, mamy sceny jawnie zainspirowane takimi tytułami jak „Stand by me”, „Alien”, „E.T” czy „Goonies” (można by jeszcze długo wymieniać), mamy wreszcie przebojową ścieżkę dźwiękową oczywiście przepełnioną hitami z okresu, w którym dzieje się akcja.

      Idąc dalej – miejsce akcji. Jest fajnie, bo jest przytulnie. Niewielkie rozmiary miasteczka dodają bohaterom (a zwłaszcza relacjom łączącym bohaterów) wiarygodności. Jest dokładnie tak jak powiedział Hopper, zapytany o swą dawną karierę w wielkim mieście: „Tam po odebraniu zgłoszenia jechałem obejrzeć zwłoki obcego, tutaj jadę do przyjaciela”. I nie mamy podstaw, żeby mu nie wierzyć.

      Realizacyjnie Netflix nie zawiódł. Pod każdym względem jest perfekcyjnie. Od stylizowanej – a jakże – na lata 80 te czołówki z podkładem muzycznym przypominającym muzyczną twórczość Johna Carpentera, przez zdjęcia (nastrojowe barwy), niezbyt liczne i niezbyt nachalne efekty specjalne po ścieżkę dźwiękową.

      Ponadto należy z uznaniem twierdzić, że stworzono film praktycznie dla każdego i nie mam na myśli tylko kategorii 13 +, która przesądza w zasadzie o tym, że film można obejrzeć z dzieciakiem. Chodzi o to, że „Stranger Things” spodoba się zarówno miłośnikom horrorów, jak i miłośnikom science- fiction (co akurat zrozumiałe). Z przyjemnością obejrzą go również miłośnicy fantasy – chociażby z uwagi na zainteresowania głównych bohaterów. Spodoba się pewnie miłośnikom serialu „Cudowne lata”, którzy dojdą do wniosku, że jest całkiem podobny w klimacie. Nie będą narzekać pewnie również przedstawicielki płci pięknej czy to oglądające „Gotowe na wszystko”, czy „M jak Miłość” - albowiem znajdą tu niejeden wątek obyczajowo- miłosny. Słowem – dla każdego coś miłego. W zasadzie ciężko wyobrazić sobie kogoś, komu „Stranger Things” mogłoby totalnie nie podejść. Wielka mądrość twórców.

      Skoro zatem wszystko jest takie cudowne, to czemu przyznałem pierwszemu sezonowi „Stranger Things” „zaledwie” ocenę dobrą z plusem? Ano dlatego, że wbrew powszechnym zachwytom, aż tak wielkiego efektu „wow!”, jak u niemal wszystkich serial na mnie nie wywołał. Oglądało mi się go dobrze, oglądało mi się go przyjemnie – owszem. Ale choćby fabuła już mnie na kolana nie rzuciła – ot zaginiony chłopiec znajdujący się gdzieś po „drugiej stronie” poszukiwany przez rodzinę, znajomych i pół miasteczka. Do tego finał nieco mnie rozczarowuje, gdyż mimo wszystko przynosi więcej pytań niż odpowiedzi. Ponadto – lata 80te. No fajnie, fajnie, ale czy aby na pewno chcąc poczuć klimat tych lat nie lepiej sięgnąć po chociażby „Crittersy”, „Gremliny”, „Powrót do przyszłości”, „Gonnies”, „Stand by Me” czy inne kino pochodzące z tego okresu? Z wielką chęcią obejrzę jednak z pewnością pewnie jeszcze nie jeden raz.

 

 

Winona Ryder (Joyce Byers); David Harbour (Jim Hopper); Finn Wolfhard (Mike Wheeler); Millie Bobby Brown (Eleven); Gaten Matarazzo (Dustin Henderson); Caleb McLaughlin (Lucas Sinclair); Natalia Dyer (Nancy Wheeler); Charlie Heaton (Jonathan Byers); Cara Buono (Karen Wheeler); Joe Keery (Steve Harrington); Noah Schnapp (Will Byers); Joe Chrest (Ted Wheeler); Rob Morgan (Officer Powell); John Reynolds (Officer Callahan); Matthew Modine (Dr. Martin Brenner); Randy Havens (Mr. Clarke); Susan Shalhoub Larkin (Florence); Tinsley Price (Holly Wheeler); Chester Rushing (Tommy H.); Mark Steger (The Monster).

Reżyseria: Matt Duffer, Ross Duffer, Shawn Levy;

Scenariusz: Matt Duffer, Ross Duffer, Paul Dichter, Jessie Nickson-Lopez, Justin Doble, Jessica Mecklenburg, Alison Tatlock;  

Muzyka: Kyle Dixon, Michael Stein;

Zdjęcia: Tim Ives, Tod Campbell, David Franco.

USA, 2016, 8x ok. 50 min.

Produkcja: Matt Duffer, Ross Duffer, Shawn Levy, Dan Cohen, Rand Geiger, Iain Paterson, Emily Morris, Justin Doble, Brian Wright, Karl Gajdusek, Cindy Holland, Matthew Thunell, Jessica Mecklenburg, Alison Tatlock. / Netflix, 21 Laps Entertainment, Monkey Massacre.

bottom of page