top of page

OUTSIDER

AUTOR: Stephen King

I WYDANIE ORYGINALNE:

2018, Scribner, 576 str., oprawa twarda

 

 

I WYDANIE POLSKIE:

2018, Prószyński i S-ka, Warszawa, 640 str., oprawa miękka ze skrzydłami;

Tłumaczenie: Tomasz Wilusz

Recenzowane wydanie: Jak wyżej

 

     

       

    

     "W parku miejskim znalezione zostaje zmasakrowane ciało jedenastoletniego chłopca. Naoczni świadkowie i odciski palców nie pozostawiają wątpliwości: sprawcą zbrodni jest jeden z najbardziej lubianych obywateli Flint City. To Terry Maitland, trener drużyn młodzieżowych, nauczyciel angielskiego, mąż i ojciec dwóch córek. Detektyw Ralph Anderson, którego syna Maitland kiedyś trenował, nakazuje przeprowadzić natychmiastowe aresztowanie w świetle jupiterów. Maitland ma wprawdzie alibi, ale Anderson i prokurator okręgowy wkrótce zdobywają kolejny niezbity dowód: ślady DNA. Sprawa wydaje się oczywista. Terry Maitland na pozór jest miłym człowiekiem, ale czy ma drugie oblicze? Odpowiedź szokuje – tak jak szokować potrafi tylko Stephen King (opis z okładki polskiego wydawcy - wydawnictwa Prószyński i S-ka)".

 

      „Outsider” to jedna z tych nielicznych książek, w przypadku których nie czekałem niecierpliwie na zakończenie, lecz starałem się powolnie dawkować sobie lekturę, by móc cieszyć się nią jak najdłużej. Co może w moim przypadku nieco dziwić – trochę bardziej podobała mi się pierwsza część książki, która jest bardziej mieszanką kryminału i mniej lub bardziej mrocznego thrillera niż czystej krwi horrorem (choć makabrycznych opisów w niej nie brakuje). Bardzo fajnie jest w niej przedstawiona atmosfera średniej wielkości miasteczka, w którym prawie każdy zna każdego. Człowiek raz obrzucony błotem w takiej społeczności, zostaje popaprany już na zawsze. Nie ma znaczenia czy trener oczyści się z zarzutów czy nie. Każdy będzie już bowiem zawsze wiedział swoje – że wróbelki ćwierkają, że coś było na rzeczy. Dobrze napisane zostały postacie: trener Maitland starający się oczyścić swoje imię dla siebie, swojej żony i córek, detektyw Anderson – początkowo zdeterminowany by zamknąć Maitlanda w ciemnej celi, z czasem targany obawami czy na pewno postąpił dobrze, adwokat Howie Gold – chcący zrobić wszystko by pomóc klientowi i zarazem przyjacielowi, szereg osób z dalszego planu – wszystkie te postaci dramatu, są nie tylko bardzo autentyczne, ale również bardzo ... ludzkie.

      Być może druga część powieści przypadła mi do gustu nieco mniej między innymi z tego powodu, że pojawiają się w niej postacie (przede wszystkim Holly Gibney) występujące w Trylogii o Billu Hodges'ie, która jest dla mnie obszarem dotąd nieznanym. Stąd pojawiła się u mnie momentami pewna dezorientacja, jako że pojawia się tu sporo odwołań do wydarzeń ze wspomnianych powieści. Żeby jednak oddać sprawiedliwość powiedzieć trzeba, że i tę część dzieła czyta się z przyjemnością, a pomysł na horror jest tu naprawdę przedni. Tematyka sobowtórów straszyła ludzkość już od wieków. Wymieszana zaś z ciekawym motywem z meksykańskiego folkloru (zdającym się nieco odpowiadać naszym opowieściom o czarnej wołdze) smakuje wyjątkowo pikantnie (jak na Meksyk przystało). Również i w tej części powieści spotkamy ciekawych bohaterów na czele z zakompleksionym, sfrustrowanym policjantem – alkoholikiem, dążącym po trupach do celu - typowym przedstawicielem naszych czasów.

      W całej książce występują niezakamuflowane (bo często wspominane wprost) inspiracje twórczością Edgara Alana Poe (opowiadanie „William Wilson” traktujące o sobowtórze) oraz klasyką horroru – w szczególności „Draculą” Brama Stokera. Jak to często bywa u Kinga mamy tu też trochę autoinspiracji i odwołań do wcześniejszej twórczości. Mamy tu odniesienia do wspomnianej wcześniej trylogii, jest tu trochę tego specyficznego gadania o znanym z „Mrocznej wieży” „Ka”, a ostatnie fragmenty książki i ostateczna konfrontacja ze złem przypominają mi trochę „To” oczywiście bez całej atmosfery Derry.

      Co robi się dość charakterystyczna dla obecnego etapu twórczości Kinga, w książce nie brakuje politycznych wycieczek, jasno określających poglądy autora oraz fragmentów wskazujących na jego fascynację wszelkimi nowinkami technicznymi. O ile to drugie pewnie wielu przyjmie z wyrozumiałością z uwagi na wiek pisarza, o tyle to pierwsze pewnie nie spotka się ze zrozumieniem wszystkich czytelników.

      Mogłoby być mniej wodolejstwa, książka mogłaby być parędziesiąt czy paręset stron cieńsza – może tak, a może nie. Może wtedy nie byłby to jednak prawdziwy King i książka nie była by tak dobra. Uznajmy więc, że jest taka, jaka być powinna. I jest OK

 

 

bottom of page