top of page

OPOWIEŚCI STAREGO ANTYKWARIUSZA

AUTOR: M. R. James

I WYDANIE ORYGINALNE:

1904 / 1911, Edward Arnold

 

 

I WYDANIE POLSKIE:

1976, Wydawnictwo Literackie, Poznań, 234 str;

Tłumaczenie: Janina Mroczkowska

Opisywane wydanie:

2005, C&T Toruń, 248 str., oprawa miękka

TŁumaczenie: Janina Mroczkowska, Robert Lipski

 

     

       

    

     „Opowieści starego antykwariusza” M.R. James'a wydane nakładem C&T Toruń, to opowiadania oryginalnie zebrane w dwóch zbiorach: „Ghost Stories of an Antiquary” z 1904 roku oraz „More Ghost Stories of an Antiquary” z roku 1911.

      Od początku widać, że autor był pasjonatem nie tylko archeologii (jak możemy się dowiedzieć z bardzo ciekawego wstępu), ale również architektury i sztuki. Zwłaszcza pierwsze strony niektórych opowiadań naładowane są wprost specyficznym słownictwem. Żeby nie być gołosłownym, oddajmy głos autorowi: „Była to mezzotinta raczej pośledniej jakości, a mierna mezzotinta jest najgorszym może rodzajem grawiury. Przedstawiała niewielki dwór z zeszłego wieku, całą jego fasadę z trzema rzędami zwykłych zasuwanych okien, ze ścianami z kamienia zdobionymi tzw. nestyką „portico”, z typową poręczą z kulami lub wazonami na rogach. W środku domu był portal. Po obu stronach budynku rosły drzewa, a przed nim rozciągał się sporych rozmiarów gazon. Na wąskim marginesie mezzotinty wyryto legendę A.W.F. Sculpsit., tylko tyle” - przyznacie, że czyta się to dość mało komfortowo.

      Szybciutko o treści. Bardzo szybciutko i bardzo wątle, bo łatwo w wypadku „Opowieści starego antykwariusza” wyjawić zbyt wiele i całkowicie zepsuć radość z lektury. Pierwsza opowieść – naprawdę dość przeciętna. Przybysz z Anglii nabywa tajemniczy manuskrypt, z którym wiąże się przerażająca historia. Druga, choć dość przewidywalna, jest już zdecydowanie lepsza. Traktuje o młodziutkim sierocie, który po śmierci swoich rodziców trafia do rezydencji wuja. Wuj nie ma jednak oczywiście względem młodzieńca całkowicie czystych intencji. Idąc dalej: „Mezzotinta” – to dość ciekawe opowiadanie o obrazie żyjącym własnym życiem. „Jesion” – średnio oryginalna, ale nastrojowa rzecz o tytułowym drzewie. „Numer 13” – tym razem swoim życiem żyje hotelowy pokój, a nie obraz. Taki troszkę „1408” w stylu bardziej retro. „Hrabia Magnus” – traktuje o dawno nie żyjącym, budzącym przestrach w okolicach hrabim, który odbył „czarną pielgrzymkę” do przeklętego miasta Chorazin. Nie wiąże się z tym oczywiście nic dobrego. „Przyjdę na twoje wezwanie mój chłopcze” – w ruinach zamku templariuszy główny bohater odnajduje gwizdek, którego użycie przywołuje przerażającą postać. „Skarb opata Tomasza” – to „Poszukiwacze zaginionej arki” wymieszani z historią z dreszczykiem. Tematem „Szkolnego opowiadania” jest „folklor szkolnych pensjonatów”, czyli opowiadanie inspirowane czymś, na kształt współczesnych autorowi odpowiedników dzisiejszych „urban legends”. Dalej mamy dość ciekawe: „Ogród różany”, „Traktat Middoth” i „Magiczne runy” (rzecz o tym, jak niebezpiecznie jest czasem pisać mało pochlebne recenzje), później natomiast przeciętne „Stalle w katedrze w Barchester”. Całość zamykają dość solidne: „Zagroda Martina”(historia dość oryginalna – napisana w formie protokołu z procesu sądowego dotyczącego zbrodni związanej z pewnym mezaliansem) oraz „Pan Humphreys i jego spadek”.

      Całość nastrojowa i stylowa, ale strasznie schematyczna i mało zaskakująca. Człowiek – niejednokrotnie sceptycznie nastawiony do zjawisk nadprzyrodzonych, archeolog bądź koneser sztuki, bo bardzo długim i w sumie niewiele wnoszącym wstępie, natrafia podczas swych badań lub podróży na coś przerażającego. Troszkę jest tak, że jakby przeczytać dwie, może trzy najlepsze zamiast piętnastu tych opowieści, to zbyt wiele by się nie straciło. Niby to klasyka „ghost stories”, ale dla mnie to bardziej opowiadania przypominające „urban legends”, a tak po prawdzie to przypominające najbardziej (treścią, a nie stylem) listy do redakcji jakiegoś czasopisma, w których czytelnicy relacjonują, co niesamowitego przytrafiło im się w życiu. Bez morału, bez napięcia, bez jakiejś myśli przewodniej. „Coś tam , coś tam … Upiór !” (albo: „zszedłem do piwnicy i zobaczyłem ducha babci – machał w mym kierunku palcem, jakby mnie przed czymś przestrzegał”) - sucha relacja zdarzeń.

       Można przeczytać, ale mnie osobiście lektura na kolana nie rzuciła i nie będę kłamać, że było inaczej. Przestrzegam, że przymierzając się do tej pozycji trzeba wziąć pod uwagę specyficzną (co wskazałem na początku) i dość powolną narrację. Wielki plus dla polskiego wydania. Poprzedzone jest ono bardzo ciekawym i rzetelnym wstępem, okraszone ciekawymi ilustracjami. Całość zamyka wyczerpująca bibliografia. Chylę czoła przed autorem wstępu i jego wiedzą, choć nie podzielam do końca jego entuzjazmu związanego z „Opowieściami [...]”

 

 

bottom of page