top of page

UNIESIENIE

AUTOR: Stephen King

I WYDANIE ORYGINALNE:

2018, Scribner NYC,  144 str., oprawa twarda

 

 

I WYDANIE POLSKIE:

2018, Albatros, Poznań, 176 str., oprawa twarda;

Tłumaczenie: Danuta Górska. 

Recenzowane wydanie: 

jak wyżej

 

     

      „Pewnego poranka zwykły mieszkaniec Castle Rock, Scott Carrey odkrywa, że sporo stracił na wadze. Świetna wiadomość dla kogoś, kto zawsze miał lekki problem z nadwagą! Tylko, że on wygląda, jakby nic się nie zmieniło. Z ubraniami czy bez, z hantlami czy bez nich, waga wciąż pokazuje tyle samo, jak gdyby otaczał go kokon nieważkości. A kolejnego dnia okazuje się, że waży jeszcze mniej… Scott podchodzi do całej sprawy ze stoickim spokojem, bo, o dziwo, czuje się wspaniale, jakby jego przedziwna przypadłość wyzwalała w nim wszystko, co najlepsze. I pozwala mu spojrzeć na różne sprawy z innego punktu widzenia. Dzięki czemu dostrzega, że w Castle Rock dzieją się złe rzeczy. Nie traci jednak rezonu. Nawet kiedy zdaje sobie sprawę, że tajemniczy proces przyśpiesza i Dzień Zero być może nadejdzie znacznie szybciej, niż Scott przewidywał. Ale zanim to nastąpi… [opis wydawcy z okładki]”

       Jeszcze parę lat temu, np. przy okazji opisywania „Roku wilkołaka” wskazywałem, iż utwór ten, z uwagi na jego niewielkie gabaryty ciężko przyrównać do jakiegokolwiek innego dzieła Kinga. Nieco później, opisując „Pudełko z guzikami Gwendy” popełnione przez autora wespół z Richardem Chizmarem o porównania było już nieco łatwiej, a obecnie – no cóż… Obecnie musimy się już chyba przyzwyczaić do tego, że King zasmakował w takich formach literackich. Króciutkich, częstokroć znacznie mniejszych objętościowo niż pojedyncze opowiadania z niektórych zbiorów jego opowiadań (albo po prostu wyczuł w tym szybki zarobek, albo też – z uwagi na wiek – nie zawsze jest w odpowiedniej formie, by wysmażyć liczącą blisko tysiąc stron cegłę). Jaka by nie była geneza napisania „Uniesienia” stwierdzić należy, że czyta się je – jak zwykle u Kinga – niezwykle lekko (no, jakżeby mogło być inaczej w książce o takiej treści). Mi osobiście lektura zajęła niespełna dwie godziny. Uprzedzam lojalnie wszystkich czytelników, że „Uniesienie” to książka społeczno - obyczajowa z wątkiem fantastycznym (fantastyczno – naukowym, nadprzyrodzonym – zwał jak zwał). To nie jest horror! Wydawcy powinni o tym uprzedzać czytelników na każdym kroku zamiast zachęcać ich by weszli do „świata Castle Rock” - „upiornego miasteczka”, które dostało swoją „szansę na odkupienie”. Hasła takie zdają się sugerować, że będziemy mieć do czynienia z typową kingowską powieścią grozy pokroju „Sklepiku z marzeniami” czy „Cujo”, a w tym wypadku jest to nieprawda. Chyba, że autorzy sloganów reklamowych pod pojęciem upiornego miasteczka mieli na myśli jego hermetycznie zamkniętą, konserwatywną społeczność. I tu przechodzimy do kolejnego aspektu. King nie po raz pierwszy, choć bodaj po raz pierwszy aż tak dosadnie przedstawia na łamach swego dzieła swe poglądy polityczne. Czy powinien to robić, czy nie – nie mnie to oceniać (choć wydaje mi się, że raczej nie powinien). Jego pozycja w świecie kultury jest na tyle ugruntowana, że na obecnym etapie swojej kariery może sobie robić co mu się żywnie podoba bez zawracania sobie głowy przemyśleniami takiego osobnika jak ja. Niemniej jednak wielu spośród dzisiejszych obserwatorów sceny politycznej (zwłaszcza tych najbardziej radykalnych, którzy niektóre dość zwykłe w sumie oznaki ludzkiej przyzwoitości traktują jako przejaw mitycznej już „poprawności politycznej”) będzie zapewne srodze zawiedzionych powieścią Mistrza (bądź nawet na nią rozeźlonych). Jak na bardzo małą objętość dzieła zaskakująco przekonująco sportretowani zostali bohaterowie. Choć nie pozostajemy z nimi zbyt długo, wydaje się, że dowiadujemy się o nich wszystkiego co trzeba. Akcja toczy się szybko, nie dając czytelnikowi szans na nudę.

      Nie ma tu wampirów, nie ma wilkołaków, nie ma zombie – nie ma tu horroru. Co zatem jest? Jest zgrabnie napisana historia człowieka, który w obliczu nieuniknionego stara się zrobić coś dobrego z czasem, jaki mu pozostał. Płynie z tego pewna nauka dla czytelnika, który generalnie powinien być w miarę zadowolony z lektury. Ja byłem. Oceniam na dobry.

bottom of page