top of page

BAZAR ZŁYCH SNÓW

AUTOR: Stephen King

I WYDANIE ORYGINALNE:

2015, Scribner, NYC, U.S., 495 str.

 

 

 

 

I WYDANIE POLSKIE:

2015, Prószyński i S-ka, Oprawa miękka, 672 str. 

TŁUMACZENIE:

Tomasz Wilusz

Recenzowane Wydanie: 

2016, Prószyński i S-ka, Oprawa miękka,

640 str., Tłumaczenie: Tomasz Wilusz

 

 

     

       

      Co to są mieszane uczucia? Na to pytanie odpowiadał nam niegdyś dowcip z brodą o teściowej, przepaści i samochodzie. Wydaje mi się jednak, że ten rodzaj uczuć znacznie lepiej ilustruje mój stan umysłu i ducha po lekturze „Bazaru złych snów”. Po przeczytaniu nieco wcześniejszego „Przebudzenia”, które bardzo przypadło mi do gustu myślałem, że forma Kinga po raz kolejny zwyżkuje i wprost nie mogłem się doczekać, kiedy zacznę lekturę „Bazaru [...]”. Tak się jednak składało, że w ręce co i rusz samo wpadało mi co innego, więc decyzję o nabyciu tej pozycji wciąż odkładałem na później. I muszę przyznać, że już po lekturze raczej nie żałuję, że nie przepłaciłem płacąc za późniejsze, kieszonkowe wydanie książki. Dlaczego mówię o mieszanych uczuciach? Co mi się zatem podobało a co nie podobało w tej antologii twórczości Kinga publikowanej wcześniej w rozmaitych czasopismach i w formie e-booków ? Już Wam opowiadam.

      Podobało mi się to, że po raz kolejny czułem się, jakbym się spotykał ze starym znajomym. Zarówno wprowadzenie do całego zbioru jak i przedmowy do każdego kolejnego utworu są szalenie interesujące i czyta się je, jak długo wyczekiwaną korespondencję od serdecznego kumpla. Czułem, że ten facet robi to naprawdę z potrzeby serca, że on również cieszy się ze spotkania ze mną. Jako czytelnik czułem się doceniony. Podobało mi się jeszcze to, że całość napisana jest naprawdę w fajny sposób i prawie wszystko (poza próbami zmierzenia się z poezją) czyta się lekko i przyjemnie. Wreszcie podobało mi się również to, że niektóre opisywane historie są naprawdę ciekawe.

      Nie podobało mi się natomiast to, że momentami lektura budziła we mnie całkowicie odmienne odczucia od tych, o których mówiłem wcześniej. Długimi chwilami miałem wrażenie, że ten facet wcale nie pisze tego z potrzeby serca. To szarlatan, zdający sobie sprawę ze swojego kunsztu, wiedzący, że czegokolwiek by nie zrobił i tak wyprzedzi swoich konkurentów. Nie chce tak po prostu się spotkać ze mną – swym starym kumplem, ale chce zarobić kasę jak najmniejszym nakładem pracy. Bo podstawowym mankamentem większości opowiadań prezentowanych w „Bazarze [...]” (bo o liryce nawet nie będę wspominał) nie jest nawet to, że nie mają zbyt wiele wspólnego z horrorem (co biorąc pod uwagę tytuł jednak może zawodzić), ale to, że w zasadzie są to tylko ładnie opowiedziane historyjki, niekiedy bardziej przypominające reportaże niż opowiadania, z mało zaskakującymi finałami i niezbyt ciekawymi przesłaniami, niezbyt zapadające w pamięć (przysięgam, że już tydzień po zakończeniu lektury musiałem się niejednokrotnie tęgo nagłowić, żeby przypomnieć sobie czego dotyczyło takie a takie opowiadanie).

Żeby nie być gołosłownym przedstawię po krótce i postaram się ocenić każdy z utworów. Oczywiście z wyjątkiem liryki, gdyż jestem tylko prymitywnym pożeraczem horrorów a nie wyrafinowanym koneserem poezji.

  • „130 kilometr” - nie spodziewałem się czytając to opowiadanie, że historia o upiornym samochodzie pożerającym ludzi, gdzieś na opuszczonym zjeździe z autostrady – miejscu schadzek młodzieży – będzie jednym z najlepszych wspomnień z lektury – zwłaszcza, że jakimś wybitnym dziełem to nie jest, lecz rzeczą co najwyżej dobrą;

  • „Premium Harmony” - typowo obyczajowy, króciutki utworek, analiza zachowań ludzkich w obliczu utraty najbliższej osoby. Jak zachowa się bohater? Załamie się? Pogrąży w rozpaczy? Czy może będzie liczył na bzykanko z litości z przypadkowo poznaną nieznajomą? Nawet ujdzie;

  • „Batman i Robin wdają się w scysję” - kolejna obyczajówka, tym razem dotykająca wciąż rosnącego problemu agresji drogowej. Opowiadanie lepsze od poprzedniego;

  • „Wydma” - a to mi się nawet podobało. Klimatyczne opowiadanko jakby żywcem przeniesione z wydawanych w Polsce w latach 60 tych i 70 tych antologii grozy takich jak „Nie czytać po zmierzchu”, „Opowieści z dreszczykiem” czy „Tchnienie grozy”. Końcówka może i przewidywalna, ale całość naprawdę całkiem sympatyczna;

  • „Wredny dzieciak” - takie troszkę „To” w pigułce. Tytułowy wredny dzieciak to nemesis głównego bohatera. Zjawia się regularnie, w długich odstępach czasu by krzywdzić jego bliskich. Mimo sporego potencjału – przeciętne;

  • „Śmierć” - opowiadanie przypominające nieco klimatem „Skazanych na Shawshank” i „Zieloną Milę”, niezłe z zaskakującym finałem. Ale horroru w tym brak;

  • „Moralność” - nieco bardziej mroczna wersja „Niemoralnej propozycji”. Jak dla mnie – bez rewelacji;

  • „Życie po życiu” - dość zabawne, ale finalnie średnio udane opowiadanie. Poczekalnia dla niedawno zmarłych zdecydowanie lepiej prezentowała się w „Soku z żuka”;

  • „Ur” - fajne, ale bez pomysłu na zgrabne zakończenie. Poruszająca koncepcję alternatywnych rzeczywistości, mocno nawiązująca do „Mrocznej wieży”, jedna z jaśniejszych pozycji zbioru – co może smucić, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że została napisana na zlecenie – w celach promocji „Kindle'a”;

  • „Herman Wouk jeszcze żyje” - jak dla mnie ten utwór to bardziej reportaż niż opowiadanie. Rzecz o jeździe po pijanemu – ze zdecydowanym przerostem formy nad treścią;

  • „Kiepskie samopoczucie” - po przeczytaniu tej historii z pewnością będziecie mieli wrażenie, że dziesiątki autorów opowiadały już Wam dokładnie to samo;

  • „Billy Blokada” - rzecz bardziej nadająca się do czasopisma sportowego niż do antologii opowiadań grozy. Sucha relacja faktów z kariery pewnego baseballisty, który z pewnych powodów nieco odstawał od przeciętnych graczy;

  • „Pan Ciacho” - słabiutkie, ale jest chociaż pewna konsekwencja. Opowiadanie o życiu po życiu było słabe, więc takie samo jest opowiadanie o samym przechodzeniu „na drugą stronę”;

  • „Zielony Bożek cierpienia” - jedno z lepszych opowiadań. Konfrontacja domorosłego egzorcysty ze sceptyczną pielęgniarką rozgrywająca się nad przykutym po wypadku do łóżka ekscentrycznym milionerem. Fajne, choć znów bez dobrego pomysłu na zakończenie.

  • „Ten autobus to inny świat” - znowuż reporterska wprost opowieść, tym razem o ludzkim zobojętnieniu na krzywdę dziejącą się innym. Choć może niezbyt konieczne w zbiorze, to jednak inspirowane szlachetnymi pobudkami;

  • „Nekrologi” - trochę podobne do „Wydmy”, ale jak dla mnie znacznie mniej klimatyczne, jakieś takie zbyt nowoczesne;

  • „Pijackie fajerwerki” - absolutnie nie- horrorowe opowiadanie o niezdrowej rywalizacji jaka zrodziła się między dwoma rodzinami pewnego 4 lipca, a polegała na tym czyje fajerwerki wzbudzą większy podziw wśród lokalnej społeczności. Nawet przyjemne. Z ciekawym zakończeniem;

  • „Letni grom” - King post apokaliptycznie. Niby ciekawie, ale jednak dziesiątki rzeczy rozprawiały już o tym samym. Niejednokrotnie w ciekawszy sposób.

     Jak więc widzicie szału nie ma. Ale po dawnej znajomości daję czwórkę z minusem. Gdyby nie wprowadzenia do każdego z utworów dałbym tróję. Najgorsza z przeczytanych przeze mnie dotychczas antologii opowiadań Kinga, choć gwoli prawdy nie przeczytałem jeszcze wszystkich spośród nich.

bottom of page